Goeffrey Burbidge swego czasu przedstawił historię astrofizyki, która mną dość mocno wstrząsnęła. Mniej więcej 100 lat temu wszyscy byliśmy przekonani, że cały otaczający nas wszechświat, to droga mleczna. Nikt wtedy nawet nie śmiał pomyśleć, że poza otaczającymi nas gwiazdami jest coś jeszcze. Potem przyszedł czas dla Einsteina, próby kompensowania sobie teorii statycznego wszechświata stałą kosmologiczną, potem Friedman z rozwiązaniem równań wskazujących na rozszerzanie się wszechświata. Później Edwin Hubble z obserwacją przesunięcia widma ku czerwieni . Słowem, od 1930r. żyjemy w rozszerzającym się wszechświecie. Taka jest przynajmniej wykładania tego naukowego dogmatu religijnego, na podstawie którego powstała niezliczona ilość doktoratów.

Od lat 60 ubiegłego wieku teoria ta ma jedną nieścisłość. Stało się nią stwierdzone wtedy zdecydowanie silniejsze niż zakładane przesunięcie ku czerwieni widma kwazarów. Te mają dodatkowo tą cechę, że bardzo lubią występować w okolicy galaktyk spiralnych, które to przesunięcie mają dużo mniejsze. Dodatkowo, dwie cechy okazały się na tyle zaskakujące, że nie sposób było przejść koło nich obojętnie. Po pierwsze jeżeli dla kwazarów wykonamy wykres na którym porównamy ich jasność do przesunięcia ku czerwieni to otrzymamy nieoczekiwany rozrzut wyników w tabeli, a przecież powinna tu być piękna i łagodna krzywa jak dla zwykłych galaktyk. Po drugie kwazary są małymi i zarazem bardzo gęstymi obiektami o rozmiarach czasami nie przekraczających nawet 1 roku świetlnego. Z racji tego, ze obserwujemy je gdzieś na pograniczu obserwowalnego wszechświata muszą być zarazem zjawiskami o niewyobrażalnej wręcz energii. Kłopot astrofizyków w tym, że dużo piękniej brzmi teoria, iż są zjawiskami w miarę normalnymi. Takimi się stają jeżeli tylko uznamy, że faktycznie znajdują się w pobliżu wspomnianych galaktyk spiralnych, a nie na krańcu wszechświata. Tyle, że przyjmując taką wersję zdarzeń prawo hubble’a idzie się kochać w sam środek czarnej dziury, a za nim zaraz w kolejce teoria wielkiego wybuchu.

Na marginesie astronomii przez wiele lat funkcjonował Halton Arp. Taki naukowy banita, którego dramat polegał na tym, że zajmował się ustaleniem związku kwazarów z galaktykami spiralnymi. Zgodnie z prawem hubble’a związku nie powinno być, bo różne przesunięcia ku czerwieni wskazywały co najwyżej na złudzenie optyczne (bo jedno bliżej, drugie na krańcu wszechświata i tak się to pewnie w perspektywie na siebie nałożyło). Kością niezgody ze światem akademickim stała się z początku galaktyka NGC 7603, która do dziś nie uzyskała jasnego wytłumaczenia połączenia grupy kwazarów z NGC7603 tzw mostkiem, ale podobnych przykładów znaleziono zdecydowanie więcej. Arp postulował, że kwazary to tak naprawdę protogalktyki, które powstały z wyrzutu masy z supermasywnej czarnej dziury znajdującej się w centrum każdej galaktyki. Oczywiście jego teorie zakrzyczano, bo zgodnie z ogólną teorią względności oraz medialnego geniuszu Hawkinga nic z tych obiektów nie ma prawa wylecieć, poza promieniowaniem. To osobliwość, nieskończoność i naukowa wiara w metafizykę, bo jak inaczej można nazwać wiarę fizyków w istnienie czegoś takiego jak osobliwość. To, że Hawking zmieniał zdanie w kwestii czarnych dziur wielokrotnie nie ma tu już większego znaczenia.

No dobra.. to po tym co powyżej polecam przeczytać artykuł o najnowszych odkryciach, a następnie przeprowadzenie sobie we własnej głowie eksperymentu myślowego czym te odkrycia mogą być dla Pana Haltona Arpa. Trochę szkoda, ze tego nie doczekał, choć o ile dobrze pamiętam zawsze twierdził, że dopiero grawitacja kwantowa będzie w stanie w pełni potwierdzić słuszność jego teorii oraz udowodnić, ze żyjemy w statycznym wszechświecie bez big bang.. 😉

https://www.rp.pl/Kosmos/181219151-Czy-Stephen-Hawking-sie-mylil.html?fbclid=IwAR0VM6Ld5fcLvmVfe1VYchZiEiN9qAWQ0BKGV1CSbg7SeyH7pRg93FzXpMA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *