O sancta simplicitas!’, jak mawiał Jan Hus, pewien potencjalny uczestnik festiwalu Brutal Assault. Bywałby tam zapewne, gdyby historia melanżu w pewnej twierdzy Josefov sięgała dalej niż na ostatnie 20 lat.

Od dwóch lat co najmniej nie jeżdżę na koncerty na Brutal Assault. Raz, że w ostatnich latach wygrały z nim prerie i Old Wild West. Dwa, chyba trochę wyrosłem z partyzantki. Zaczynam doceniać wygodne przestrzenie, przystosowane bardziej dla normalnych ludzi niż postapokaliptyczny survival przypominający wędrówki ludów po upadku cywilizacji. Survival zresztą trenowałem co dzień i to przez ostatnie dwa lata remontując chatę, o czym się tu zresztą jakiś czas temu rozpisywałem. Dziś doceniam posiadanie lodówki, a od wczoraj przechodzę przez kuchnię i jak wódz indiański dotykam z niedowierzaniem metalowego pudła, w którym bez mojego udziału piorą się kubki i talerze. Cywilizacja psuje nas wszystkich. No ale.. kilka dni bez przysłowiowego krawata bywa przecież lepszy niż psychoterapia.

Jaromierz to cel sierpniowych pielgrzymek kilku tysięcy Polaków. Multukulturowy obóz reedukacyjny dla Greków, Niemców, Austryjaków, Węgrów i całej egzotycznej reszty świata (z Chile włacznie) przysposabiający resztę świata do życia wśród Słowian. Po co te wszystkie ludzie tam tak ciągną? Bo to ziemia na swój sposób święta, posiadająca cudowne właściwości, w tym istotną cechę ożywiania tego co martwe. W niedzielny poranek patrząc z namiotu dostrzegasz morze papieru, butelek, niedojedzonych puszek i szlag go wie czego jeszcze, a pomiędzy nimi gdzieniegdzie zalegające trupy. Trupy te wydając z siebie dziwne odgłosy zaczynają się nagle ruszać po czym już jako zombie z wyciągniętymi dłońmi lunatykują mamrocząc pod nosem „naaaamimooot” (dla jasności – chyba we wszystkich znanych na tej planecie językach).

Jaromierz to na swój sposób świat idealny. Bez względu na to jak dużo ludzi przyjedzie, pomieści wszystkich, a po roku rekultywacji terenów zielonych wygląda jak ziemia nowa, nieużywana, wręcz dziewicza. To ziemia, na której wspólnie koegzystują ekolodzy pilnujący wygrodzonego taśmami terenu, gdzie swoje gnojne kupki turla jakiś wyjątkowy żuk oraz stado obdartusów pod wpływem alkoholu. Zapewne ku uciesze żuka. To miejsce, na którym te same obdartusy karnie zbiorą i posegregują po sobie śmieci, po czym odniosą je do dedykowanego kontenera przed wyjazdem (dla jasności – także te polskie obdartusy). Wszak w niedzielę wszyscy pomału wracają do normalności i przypominają sobie, że są rzeczy, których jednak nie wypada robić. 'Igne natura renovabitur integra’ chciałoby się zakrzyknąć za pewnym góralskim zespołem pieśni i tańca z Leska, patrząc na te cuda.

To także miejsce, którego uroków nie sposób nie docenić z innych względów. Tam się nauczyłem jeść langosze, nie denerwować się tym, że ktoś obcy mi się dokwaterował do namiotu, rozmawiać w narodowych językach z Czechami i Słowakami (wierz lub nie – to tylko kwestia ilości Medoviny lub wiśniowicy). To miejsce, gdzie normalną rzeczą jest, że bierze się prysznic w kwiaciarni, w której potem właścicielka robi Ci mrożoną kawę i langosza. To miejsce, gdzie wieczorne Słowian rozmowy odbywają się przy nadzianym na rożen prosiaku, a zamiast koguta co godzinę rytm wyznacza przetaczający się przez te kila tysięcy namiotów wrzask „Slayer kuuufa”. Powtarzany, odbijający się echem. Czasami masz nawet wrażenie, że wraca odbity, bo propagacja dźwięku i pole po horyzont, więc trochę to zajmuje. a wszystko przez to, że jakiś debil nie może zasnąć i tak sobie krzyknął z nudów. Na swój sposób całe Brutal Assault w nocy to taka wielka ferma indycza.

'O sancta simplicitas!’ powiedziałem sobie dziś pod nosem patrząc na spakowany namiot i zestaw trzech zmian ciuchów. I ty chcesz sobie wmówić, że jedziesz tam na ostatnie dwie noce tylko po to, żeby się wypić dwa piwa i porozmawiać o subtelnej naturze wszechświata, która kłóci się z rozumieniem mesjanizmu u Hoene-Wrońskiego?

Jak to dobrze, że jest jeszcze jakaś cywilizacja i ludzie, do których można wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.