-‘Robert, tyś się z cepem na głowy zamienił’ – zagotowałem się na żarty – ‘przecież jak wypieprzymy wszystkie tynki, to ja ten remont będę jeszcze na emeryturze prowadził’

-‘niech się wielki brat odsunie’ – Robert z cwaniackim uśmiechem przesunął mnie o symboliczne 20cm, chuchnął i zatarł ręce po czym drewnianym młotkiem stuknął z wyczuciem ścianę. W miejscu uderzenia pojawiły się maleńkie spękania, chociaż zaskoczenie dało się słyszeć dopiero gdzieś za naszymi plecami. Dwa metry dalej donośne „plask” spadającego tynku wyjaśniło mi bezspornie, że w 70 letniej kamienicy zbudowanej z mielonki warszawskiej trzeba się cieszyć, z tego że jeszcze stoi. Luksusem jest, gdy sąsiad nie przeprowadza się do nas przez strop. Tudzież my do sąsiada piętro niżej lub wprost piwnicy.

* * *

Zanim wziąłem się za remont przepaliła mi się żarówka w kuchni. Gdy zacząłem ją wymieniać w ręku pozostały mi resztki porcelanowej oprawki. Skoro jakimś cudem szanowna komisja egzaminacyjna zadecydowała, że mogę się szwendać po rozdzielniach bez górnego ograniczenia napięcia oraz grzebać praktycznie w każdej niejądrowej energetyce, wziąłem za „modernizację”. To był dzień gdy nauczyłem się, że aluminiowe kable to najlepszy wynalazek na świecie, bo nawet jak utlenią się do konsystencji pasty trzymanej w zwartej kupie przez izolację, nadal przewodzą prąd. Szkoda tylko, że nikt nie wymyślił żadnych oprawek dla źródeł światła, które można montować na paście aluminiowej, bo przez prawie dwa lata w kuchni radziłem sobie przy pomocy lampki stołowej.

* * *

Hydraulik miał na imię Rysiu. Nie dyskutowałem z ceną, bo po pierwszych piętnastu minutach miałem już pewność powinowactwa branżowego. Rysiu trafił na ten moment, jak skuwaliśmy tynki. Ze śmiechem stwierdził wtedy, że gdyby nie zmniejszony przekrój, to on by tych rur nie wymieniał. W sumie przecież ich nie ma. To co znaleźliśmy w ścianie prócz korozji to osad kamienia kotłowego, który gwarantował przemieszczanie się wody bez rozchodzenia się po ścianach. Chwilę deliberowaliśmy nad tym czy nie sprzedać ich jakimś hipsterom pod nazwą „zdrowych wegańskich rur z kamionki”. Prace zajęły nam dwa dni, z czego jeden poświęciliśmy na kłótnię w dziedzinie mechaniki płynów oraz liczenia zaoporowania hydraulicznego grzejnika. Poważne wyzwanie inżynierskie, bo podłączaliśmy go do góry nogami. Tydzień temu słyszałem się z Ryśkiem przy okazji innej roboty. Dalej mamy problem z przypomnieniem sobie jak to było z tymi całkami, obliczeniem oderwania się strugi na zakrętach i stratami tarcia. Mamy za to pewność, że zgodnie z równaniem Bernoulliego w warstwach przyściennych rury prędkości przepływu maleją do zera i siły odśrodkowe nie równoważą różnicy pB – pA. Bo właśnie dlatego wzdłuż ściany przewodu powstaje ruch w kierunku od B do A, wywołujący powstanie dwóch wirów.

* * *

Kupiłem drewnianą podłogę. Od zawsze miałem fetysz chodzenia na bosaka po drewnianej podłodze – tylko ci pokrzywieni psychicznie, którzy tak jak ja czują stopą miękkość i ciepło potrójnej dębowej deski, to zrozumieją. Gdy przywieziono mi moje 40m2 podłogi okazało się, że posadzkarze są i owszem, doskonałymi fachowcami, ale na bardzo głębokiej emeryturze. Słowem wniesienie tego skompaktowanego zagajnika na drugie piętro bez windy oznaczałoby dla nich ostatnią pracę przed śmiercią, a dla mnie wyrzuty sumienia pod postacią osieroconych wnuków i prawnuków. Okoliczne chlorki, które za skromne 20pln z radością zajęły się tą logistyką do dziś kłaniają mi się w pas. Jedyne co się zmieniło, to to, że zamiast mówić „sąsiedzie, bo człowiek przecież nie wielbłąd i pić musi” na mój widok proszą o datek na oliwienie kręgosłupa. Bo jak widzą dąb przy ulicy to do teraz ich w krzyżu łamie. Ostatnio zacząłem żartować, że to psychosomatyczne lumbago. Chyba nie zrozumieli. Raczej też nie powtórzą na dzielni.

* * *

– proszę Pani, potrzebuję odłączyć gaz na czas remontu. Czy macie u siebie jakiegoś serwisanta, który mógłby podjechać i mi w temacie pomóc? Bo wie Pani, front robót i moja ekipa przebiera nogami. Ja klucza do tego zaworu nie mam, bo bym sam temat załatwił.
– czy jest Pan osobą, na którą spisana jest umowa? 
– nie, umowa jest na babcię, która nie żyje. 
– to niestety nie mogę nikogo wysłać. Musi się pojawić Babcia
– Przepraszam, ale mam ją Pani wykopać i przywieźć? To będzie raczej trudna konwersacja. 
-…
– Dobra, zróbmy to inaczej. To ja jestem właścicielem mieszkania. Proszę o odłączenie gazu jako właściciel, a nie osoba mająca podpisaną z Państwem umowę, która już tu nie mieszka. Tak się nie da? 
– niestety, takie procedury. W sprawie realizacji umowy uprawnienia do kontaktu ma tylko osoba, na którą podpisana jest umowa. Nie mogę Panu pomóc. 
– czyli rozumiem, że mogę przestać płacić rachunek za gaz. 
– nie może Pan!
– ale dlaczego? To umowa na Babcie, która dwa lata nie żyje
– nie może Pan, bo wtedy odłączymy Panu gaz! 
– widzę, że szanowna Pani zaczyna rozumieć.

Dla przyszłych adeptów sztuki mediacji przypominam, że piony są własnością budynku. Pionowe gałązki od licznika do odbiornika należą do właściciela nieruchomości.

Nie wiem, kiedy gazownicy mnie spytają, czy przypadkiem nie mam ich licznika. Chyba jeszcze nie zaczęli szukać.

* * *

Sen jest tą częścią życia, która między innymi z powodu niezaleczonego jetlaga z podróży do USA, stał się przez ostatnie dwa lata brakującym ogniwem w moim cyklu dobowym. Między 2:00 a 7:00 rano często się nudzę, więc każde przycięcie komara nad ranem jest zbawieniem. Szybki sen, w trakcie którego przelatują przez głowę jakieś historie z ciepłą słoneczną plażą, laskami w bikini produkowanym przez sklep powroźniczy oraz drinkami z palemką. Kiedy już akcja snu staje się wartka i wszystko zaczyna zmęczonej głowie robić przyspieszone wakacje w środku zimy, jakaś lodowata dłoń szarpie Cię za ramię i zachrypniętym głosem stwierdza.
-‘Panie Artur, pobudka. Dnia szkoda’ 
Otwierasz oczy. Wkoło kartony i cały dobytek pokryty grubą warstwą tynku, szpachli gipsowej, zmielonej cegły i kurzu. 
– ‘Kurfa, znowu zaspałem? Która jest?’ 
– ‘a kto by tam to sprawdzał. My zegarka nie mamy’ – odpowiadają prawie chórem chichrając się jak dzieci, że złapali inwestora w łóżku.

Jest piętnaście po szóstej. Znów nieprzewidywalność polskich dróg wespół z brakiem korka zrobił nam wszystkim dowcip. W kuchni czeka na mnie świeżo zrobiona kawa. Znów będziemy się śmiali, że niedługo trzeba będzie mleko zacząć kupować jak biali ludzie, bo się nam tynk do zabielania skończy.

* * *

Wyburzyliśmy ściany. To co zostało musieliśmy spryzmować tak, by równomiernie obciążyć strop. Po zdjęciu tynków oglądaliśmy każdą rysę na podciągach. Dla chaty, której faktyczne osiadanie zakończyło się jeszcze przed narodzinami mojej Mamy, zmiana polegająca na wyburzeniu ścianek działowych, jest drobna jedynie dla architekta. Morze gruzu nasunęło mi pomysł, żeby zmienić funkcję mieszkania i otworzyć „Hotel Szpilman”. Jedyna i niepowtarzalna okazja przespania się na gruzach z cegieł odzyskiwanych z tego co zostało z przedwojennej Warszawy. Na upartego z sąsiadką piętro niżej byłbym w stanie się dogadać, by puszczała odgłosy niemieckiego sztabu, z którego raz na dobę przychodziłby jakiś żołnierz Wehrmachtu, przedstawiał się jako Wilm Hosenfeld i wręczał słoik weków. Biznesplan runął, gdy następnego dnia stado ludzi przyjechało załadować dopiero co podstawiony kontener – biegali przez cały dzień. Kiedy pod wieczór wsiadłem na szczotę z szału sprzątania wyrwał mnie dzwonek. Za drzwiami stał sąsiad blady jak dopiero co wywiezione tynki. 
-‘Sąsiedzie, sąsiad coś wyburzał ostatnio?’
-‘no tak jakby trochę’ – odpowiedziałem stojąc w drzwiach. Za mną majaczyła wielka przestrzeń
-‘to sąsiad zajrzy do mnie, bo ja się chyba do Pana z dziećmi przeprowadzam’ 
Rzadko w życiu tak szybko przypominałem sobie materiał ze studiów. Nigdy nie rozumiałem po kiego wała wszystkim inżynierom znajomość modułu Younga oraz rozróżniania rys skurczowych od pęknięć schodkowych i odkształceń liniowych. Dziś już pamiętam jak zakładać szkiełka do monitorowania rys. O stęplowaniu stropów też już wiem prawie wszystko.

* * *

Jak tylko będę miał już meble, lodówkę, zmywarkę, zlew, pralkę i parę innych zbędnych dewocjonaliów zacznie mi tego remontu brakować. Oraz chodzenia z ręcznikiem po koleżankach – choć brak prysznica to doskonały pretekst do odwiedzin dawno nie widzianych znajomych, jaram się tym jak dziecko, że zaraz podłączę kabinę prysznicową i będę mógł porzucić ten wymuszony higieniczny nomadyzm.

Zaraz będę korzystał z większej ilości kubków niż dwa, a rano nie będę musiał strzepywać z marynarki i koszul warstwy tynku. Najbardziej zapłaczą zapewne dostawcy fast foodowej paszy, ale to dopiero za chwilę. Kuchnia na dziś jest najbardziej zbędną częścią wyposażenia mojego placu budowy.

Najzabawniejszy jest wniosek, do którego doszedłem przy kawie ze Sproketem, kiedy pokasłując na tym placu budowy pisaliśmy kolejne riffy. Zdarzyło mi się prowadzić projekty, które kosztowały ponad 10 baniek. Żaden z nich nie był równie ciekawym i budującym wyzwaniem. W trakcie żadnego z nich nie spotkałem tylu fajnych i barwnych ludzi. W sumie dziwię się dziś, że nikt nie napisał na ten temat książki.

p.s. W trakcie pisania tego krótkiego wspominka wykasłałem pół kilo tynku. Wygląda na mało używany, więc zainteresowanym sprzedam w dobrej cenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.